Cudownym dziełem jest człowiek, aczkolwiek.
Kiedy świat został stworzony, latające stwory kąpały się w
czystym powietrzu. Cudowna była czystość błyszczącej się w potoku cieczy. Sam
Bóg nie miałby za ujmę przeglądać się w mieniącym jak dywan lustrze z wody. Zieleń
igły już samej, nawet osamotnionej, sprawiała mu radości wiele. Zieleń prawdziwa,
zieleń taka prawdziwie zielona. Zieleń pośród blasku przejrzystego pasma.
Błękit rozciągniony, posypany złotem, z po środku zawieszonym srebrnobiałym
knotem. A gdy ujrzał ranka szmaragdowy kwiatek, cherubinowa łąka poczęła
tańcować.
Życie.
Biegający osioł, latająca krowa.
Człowiek.
Od radości beztroskiej, po autodestrukcję. Zastanawiam się
często, co mu zawiniło to radosne stworzenie, ta czysta toń bezdennej krainy.
Co przeszkadzał pan Kwiatek, z kwiatkową rodziną, a co bąk z radości
trzepoczący kończyną. Co mu nawet i dżdżownica stara dokonała złego, że ją
szpadlem bezwstydnie na dwie chciał przerobić.
To nic złego, zjadać krowę na kolację, a z śniadaniem witać
w półmisku kiełbaskę. Ale po co komu przewracać psie grzyby, po co komu dobijać
starego robaka?
Człowiek.
Czystym powietrzem przyćpany zapragną zabarwić przytłumionym
brązem, czy czarnym nalotem, a potem się dziwi, narzekać zaczyna, że nie ma
czym oddychać, ni co zdrowo trawić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz